Dzieci w szkole – krytycznym okiem

W ostatnim czasie sporo pracuję z dziećmi i młodzieżą w szkole, a ściślej – w różnych szkołach i w różnych klasach. Jest to niezwykle cenne doświadczenie, którego nie można wyczytać w żadnym podręczniku, ani nauczyć się go na żadnych studiach. Nawet jeżeli jakiś podręcznik podaje charakterystykę nastolatka, robi to lakonicznie i oględnie. Słowo czytane nigdy nie ma też takiej siły przekazu jak poznanie empiryczne. Być może wrzucę kij w mrowisko tekstem poniżej, ale nie mogę się powstrzymać, żeby tego nie napisać, bo jeśli tego nie napiszę teraz, to za jakiś czas zatrze się w mojej pamięci. A może szkoda by było…

Po pierwsze – we wszystkich grupach wiekowych i wszystkich szkołach, niezależnie od wszystkiego, wśród dzieci uderza kompletny brak umiejętności czytania ze zrozumieniem. Dzieci po przeczytaniu krótkiego tekstu nie są w stanie opowiedzieć własnymi słowami, o czym przed chwilą przeczytały. Oznacza to druzgocące fiasko reformy edukacji, której głównym celem była zmiana tego stanu rzeczy. Nie dość, że nie poprawiła się umiejętność czytania ze zrozumieniem, to jeszcze pogłębiła się niewiedza uczniów, z powodu ciągłego okrajania programu nauczania. Uderza też marność obecnych pomocy dydaktycznych. Dzieci mają piękne kolorowe książeczki, w których mają uzupełnić zdania słowami z ramki… Stopień trudności sięga kolorowanki. Nie pobudza do myślenia, nie pomaga niczego zapamiętać. Dzieci jak maszyny uzupełniają rebusy i rozwiązują testy wyboru.

Kolejną sprawą jest koszmarny stan rozwoju społeczno – emocjonalnego dzieci. Dzieci nie znają podstawowych zasad współżycia społecznego. Nie radzą sobie z prostymi wyzwaniami dnia codziennego. Nie potrafią rozwiązywać konfliktów między sobą w społecznie akceptowalny sposób. Nie uznają autorytetów. Nie otrzymują dość uwagi i opieki ze strony dorosłych, a w szczególności rodziców. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich dzieci, ale bardzo wielu z nich. To martwi, zwłaszcza gdy pomyślimy, że z tych dzieci wyrosną kiedyś dorośli, którzy będą funkcjonować w społeczeństwie, będą obywatelami, klientami, wyborcami, sami również rodzicami…

Rzucającym się w oczy problemem zdrowia psychicznego dzieci w wieku szkolnym jest obecnie ADHD, mimo to, że niby nie istnieje taka choroba. W ICD-10 istnieje taka jednostka choroba, wśród ludzi obserwuje się objawy, a jednocześnie twórca terminu Leon Eisenberg przyznał, że stworzył tę jednostkę chorobową dla pieniędzy… Mimo tych teoretycznych wątpliwości, obserwując dzieci w szkole, widać wyraźnie, że wśród nich występują takie, które są zdolne, mądre, mają coś do powiedzenia, ale zupełnie nie funkcjonują w klasie – są rozkojarzone, nadmiernie ruchliwe, chaotyczne, często nie podążają za tokiem lekcji, a co najgorsze – one bardzo chcą być dobrymi uczniami, chcą uważać i być grzeczne, tylko…nie mogą. Nie są w stanie. Dla nich trzeba specjalnej uwagi, szansy, szczególnej wrażliwości. Rozczulające jest, gdy po lekcji taki uczeń przychodzi i przeprasza za swoje „złe zachowanie”. Dobry nauczyciel powinien rozumieć, skąd się bierze takie zachowanie u dziecka. Nigdy nie powinien dopuścić do tego, by dziecko miało z powodu swoich trudności, niezależnych przecież od jego woli, poczucie winy. A jak uzasadnić w takim razie istnienie tej choroby, jeżeli sam jej twórca przyznaje się do jej wymyślenia? Moim zdaniem istnieje kilka przyczyn – nadmiar bodźców, które docierają do mózgu jednostki, wszechobecny pośpiech, różne substancje chemiczne, które człowiek czerpie ze środowiska (choćby glutaminian sodu w żywności) – to wszystko może powodować takie objawy, być może nazywane kiedyś po prostu nerwicą.

W wielu szkołach dzieci niechętnie uczestniczą w lekcjach, boją się zabierać głos w dyskusji. Moje lekcje wychowawcze są czasami dla niektórych z nich pierwszą okazją do odezwania się na forum klasy. Od razu widać, jak taki uczeń rozkwita, kiedy widzi, że jest słuchany z uwagą i szacunkiem. W ten sposób buduje się porozumienie i autorytet. I to jest wspaniałe. To doświadczenie pokazuje także, jak marnuje się potencjał i zabija kreatywność młodych ludzi. Nie róbmy tego. Pozwólmy dzieciom na swobodę myślenia. W ogóle zacznijmy od uczenia ich samodzielnego logicznego myślenia… Unikniemy wielu absurdów później.

Czasami pojawiają się konflikty między uczniami. Czasami pojawia się chęć podważenia autorytetu nauczyciela, prowokacje. W takich sytuacjach nie należy tracić zimnej krwi. Humor i pewność siebie zawsze nas uratują. Do tego trzeba mieć oczywiście wiedzę, którą trzeba stale pogłębiać. Dzieciom również należą się uzasadnienia: po co pracują na lekcjach, jaki jest cel ich wysiłków, co chcemy od nich uzyskać. Trzeba im to tłumaczyć prostymi słowami, takimi jakie dzieci są w stanie zrozumieć, obrazując to prostymi przykładami. Cierpliwość i powtarzanie są tu bardzo przydatne.

W ogóle ucząc ludzi czegokolwiek trzeba mówić do nich tak, aby oni nas zrozumieli. Chyba każdy uczestniczył w życiu w zajęciach (lekcjach, wykładach), w których nauczyciele mówili do samych siebie, nie zważając, że grupa w ogóle ich nie słucha i nie rozumie. To nie jest dobre, ale jest częste w szkole, na studiach, a nawet na rozmaitych szkoleniach. Spotkałam w życiu tak wielu nauczycieli, którzy nie nadawali się do tej pracy, a jednocześnie tak niewielu, którzy mieli powołanie i naprawdę uczyli efektywnie, potrafili przekazać swoją najlepszą wiedzę. Nauczyciel z powołania wpływa znacząco na przyszłość swoich uczniów. To zawód bardzo odpowiedzialny, wymagający, zupełnie niedoceniany w naszym kraju i w konsekwencji – wypalający.

Umiejętności wykonywania pracy z dziećmi i młodzieżą, a także radzenia sobie w trudnych sytuacjach w szkole, nabiera się z czasem. Myślę, że trzeba po prostu próbować. Byle tak, żeby nie krzywdzić uczniów. To oni są najważniejsi.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Artykuły i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.